Picker 04

Dzień żółwia, niedziela na emigracji. Słoneczna, wietrzna, leniwa, nudna. W kraju, gdzie znalezienie pracy to kwestia dwóch dni, w kraju socjalnym, gdzie zapomogi dostaje niemal każdy i na wszystko, gdzie zarabiając najniższą stawkę krajową można pozwolić sobie na mieszkanie i samochód, w tym kraju niedziela jest najgorsza. Bo już majaczą poniedziałkowe fabryki i magazyny, pikerzy liczą już lokacje i w myślach skanują, chłopcy z outboundu juz się rozgrzewają do rozładunku, niedzielnym popołudniem. I wcześniej kończą wydawać swoje funty, payslipy chowają do kopert i kładą się spać. Wyspać się muszą, rano wziąć prysznic, założyć hajwiza i czekać na kolejny payslip. Ich domy są małe i stare, podłogi mają przegniłe. Dwa krany przy umywalce, które tylko wkurwiają i małe pokoje pomalowane olejną. Ale chłopakom jest dobrze, zarabiają w mocnej walucie, po trzech latach przyzwyczają się do brytyjskich standardów. O kontraktach myślą, nieruchomościach z agencji, kartach kredytowych. A wakacje na Ibizie kosztują trzysta funów, taki tygodniowy payslip czyli. I wszyscy podróżują.

Ich kobiety przyjechały tutaj za nimi, najczęściej pracują w dużym magazynie, pickują bez nadgodzin, spokojnym tempem, bo ich miśki i tak mają zajebiste payslipy i zabierają je do drogich butików. Albo do klubów. W klubach też jest fajnie, jest multikulturowo. Polscy chłopcy z inboundu są silni, piją kolorowe alkohole albo wódkę z lodem. Czasami biją. Nie jednoczą się, nie nadają temu formalnego biegu, ale najchętniej biją ciapaków. Ciapaków ubranych w emporio armani, bo w to najczęściej się ubierają. Ich ojcowie jeżdżą taksówkami albo prowadzą małe sklepy z polską żywnością i papierosami. Ojcowie chłopaków z industry siedzą w Polsce. Może dlatego chłopcy lubią bić pakoli, nie wiem. Z reguły biją ich sami albo we dwójkę, ze swoim flatmatem. I nie jednoczą się, wtedy inni chłopcy przechodzą obok spokojnie, nie ingerują, nie pomagają, cicho aprobują ale nie napierdalają. Bo tak się tutaj nie robi.

Budzę sie. Pierwsza myśl, to nie mam czym obciąć paznokci, paznokcie wrosną mi w palce i bedzie mnie bardzo bolało. Tak, jak bolą mnie ręce i nogi. Wstaję, jestem słaby, czuję to przez ugięcie kolan, potem muszę przytrzymać się półki, jedynej półki w moim małym pokoju. Nienawidzę go. Śnią mi się tutaj najgorsze sny, wracają jak zła i dobra karma razem wzięte. Śnią mi się koty kłute długimi igłami i koleżanki przekonujące mnie, że to sztuka. Śnią mi się rodzice, z którymi jeżdżę na rowerze, potem się gubię i nie pamiętam, jak wygląda mój dom. Śnią mi się ludzie starzy i przerażający, którzy nie chca mi pomóc. Na szczęście od dwóch tygodni śpię po trzy i pół godziny na dobę, dwie zmiany ratują mnie od koszmarów. Tak czy inaczej nikt mnie nie przytuli kiedy się obudzę. Potykam się o ubrania, ubrania leżą wszędzie, nie mieszczą sie na półce. Łazienka na górze, dwa krany, golę się w zimnej wodzie. Dzwoni telefon, hey, you all right, good, Andy mówi, że robota ustawiona, w poniedziałek można iść, zarobić trochę na pickingu. Mowi to protekcjonalnym tonem, pojutrze rano zadzwoni i zapyta, czy dotarłem, czy na powrotny mam. Będę miał. Cheers mate. Ale nie dzisiaj, dzisiaj jest sobota, sobota przed dniem żółwia, czyli industrial cleaning. Lakiernie w niedzielę muszą błyszczeć, muszą być odświeżone. Zjadam angielskie śniadanie z mikrofalówki, biorę plecak, chcę wyjść do miasta, do biblioteki przynajmniej zdążyć zanim pójdę na paint shop. Telefon, dzwoni ona, że wczoraj zgubiła kolczyk, czy nie moge jakoś załatwic tej sprawy. Pomyłka, nie znam tutaj żadnej, czerwona słuchawka, zielony autobus na szczycie Hollow Way. Znam już trasę do centrum chociaż autobusami jeżdżę od niedawna, nie mogłem sobie na to pozwolić. Oxford Road, przechodzi w Cowley Road, potem The Plain, wysiadam na High Street. Skręcam papierosa, zapalam, idę na Cornmarket Street. Ładny Oksford.

≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡≡

wlasnie uswiadomilem sobie, ze najgorsze na emigracji sa chyba zle sny. takie jak przed chwila. snili mi sie rodzice, dom, duzo pary (?). mialem pojechac z tata po cos waznego, mielismy jechac na rowerach, zaraz za nasza furtka byla granica polsko-angielska albo polsko-litewska. tata pozyczyl ode mnie koszulke. widzialem jak wyjezdza, pokazuje paszport i wyprowadza rower przed furtke. ja mialem jechac z jakas dziewczyna na jednym rowerze. zgubilismy sie gdzies w oksfordzie, ojciec zniknal. trafilismy do filharmonii, bylo tam duzo mlodych polakow. na scenie ktos nas wysmiewal, zapraszal siedmiu polakow, zeby cos zaspiewali. bylo glosno, jakas mloda dziewczyna zlapala mnie za nos i powiedziala, ze to juz ostatni test. pokazala mi laptopa, na ekranie bylo zdjecie lezacego na boku kota, wyciete tak, ze nie bylo widac tylniej czesci jego glowy i polowy grzbietu. mowilem mieszanina polskiego i angielskiego, ona z reszta chyba tez. powiedzialem, ze ten kot pewnie nie zyje, ze jego leb jest rozwalony, dlatego go nie widac i ze nie chce ogladac tych zdjec. pokazala mi kolejne, rozmazane, czarne tło, na nim czarny kot z otwartym szeroko pyskiem i przerazonymi oczami. powiedziala ‚dobrze, te koty zostaly uspione’. skads wiedzialem, ze na pierwszym zdjeciu brakowalo dlugiej igly z tylu glowy tego kota. balem sie. udalo mi sie wyjsc, znalezc gdzies zdjecie mojego domu z dokladnym adresem. wrocilem tam, szedlem od zachodu, swoja ulica. zastanawialem sie po co ktos fotografowal nasz dom. stanalem przed furtka, granica juz zniknela, na podjezdzie u sasiada stal samochod, podniesiony na lewarku, jedno kolo krecilo sie z duza predkoscia. wiedzialem, ze to samochod mojego wujka. zobaczylem tate z sasiadem, szli ze sklepu, od wschodu, palili papierosy. sasiad powiedzial, ze pali popularne bez filtra, sa najlepsze. pachnialy cudownie. weszlismy do domu, od strony ogrodu. wiem, ze mama byla w kuchni, ale jej nie widzialem. przed kuchnia, na korytarzu stal taboret, na nim laptop albo maly telewizor lcd w ktorym lecial jakis film o czarownicach na tvn. zadzwonila dziewczyna z filharmonii, zapytalem, po co ktos uspil te koty, nikomu nic nie zrobily. powiedziala, ze to sztuka i ze tego nie zrozumiem. faktycznie nie rozumialem. obudzilem sie o 2:31. od godziny nie spie. nienawidze takich snow. niesamowicie realny. papierosy sie koncza, nikt nie spi nawet w drugim pokoju. i hate england, mate.

Advertisements
This entry was published on Marzec 4, 2008 at 3:42 am. It’s filed under anglia, picker and tagged , , , . Bookmark the permalink. Follow any comments here with the RSS feed for this post.

One thought on “Picker 04

  1. Pingback: Za to kocham wordpressa ;) « Adrian Kocot

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: